Z Małgorzatą Zawadzką, Szymonem Czackim i Wiktorem Loga-Skarczewskim, aktorami spektaklu „Paw królowej” Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie rozmawiała Dorota Filip
Pierwszy raz na Festiwalu "Talia?
Pierwszy.
Czy waszym zdaniem jest sens organizowania takich festiwali? Czy należy je kategoryzować?
Wydaje nam się, że każda kategoryzacja jest chyba dobra. W przypadku zdefiniowanego festiwalu - w tym wypadku komedii, okazuje się, że każdy co innego rozumie pod pojęciem „komedia” i czego innego oczekuje. Szczerze mówiąc, my mieliśmy chwilami wrażenie, że publiczność oczekiwała od nas innego rodzaju komedii. Nie żebyśmy byli niezadowoleni. Być może widzowie przyzwyczajeni są po prostu do innego jej rodzaju. Dlatego fajnie, że słuchali i że wytrwali do końca. Mogli zobaczyć, że komedia to może też być coś takiego choć oczywiście nie jest to komedia typowa.
Czy sądzicie, że takim nietypowym dla teatralnej sceny językiem – trochę absurdalnym językiem Masłowskiej łatwiej rozmawia się z publicznością? I jaka wiekowo publiczność lepiej go rozumie?
Wydaje nam się, że Dorota Masłowska pisze to, co słyszy na ulicy, wokół siebie. To nie jest więc ani dla młodych ani dla starych. Po prostu jest jakie jest. Ubrane co prawda w jakiś rytm, ale przecie większość ludzi w każdym wieku zna to wszystko ze słyszenia. Jest to oczywiście ironiczne, prześmiewcze i trochę absurdalne, ale w gruncie rzeczy tak wygląda czasami życie wokół nas. Pozostaje pytanie, czy to jest śmieszne czy raczej tragikomiczne.
Jak długo uczyliście się tekstu? Intrygowało mnie to przez cały spektakl bo to przecież ogromny i niełatwy materiał.
Dwa miesiące? Coś koło tego, bo tyle trwały próby, podczas których wciąż szlifowaliśmy teksty.
Zdarzyły się podczas pokazu w Tarnowie jakieś wpadki, których my nie zauważyliśmy, a wy wiecie, że były?
Wpadki zawsze są. A dzisiaj? Długo tego nie graliśmy. Nasz teatr jeszcze nie rozpoczął sezonu, więc można powiedzieć, że jesteśmy tu prawie prosto z wakacji. Przyjechaliśmy nie rozgrzani, a w spektaklu naprawdę trudno złapać odpowiedni rytm i rym. Ale mamy wprawę. Wiemy już gdzie możemy się potknąć i zawsze nam się udaje szybko i umiejętnie to zakamuflować.
Jak to robicie, że wytrzymujecie kondycyjnie do samego końca? Sądząc po długości spektaklu, większość widzów była przekonana, że będzie antrakt. Tymczasem wy „pociągnęliście” całość na jednym oddechu.
Na dwóch. I coraz częściej my też oczekujemy, że będzie przerwa... A tak poważnie to przyjemnie jest wiedzieć, że gra się po coś. Bo w gruncie rzeczy to jednak jest spektakl z misją. I to jest na tyle motywujące, że nawet gdy już nie ma się siły, uaktywnia nas świadomość, że to nie jest tylko sztuka dla sztuki. Rozgrzane ciało i rozgrzany aktor chce więcej. I pomimo zmęczenia wciąż się rozpędza. Po przerwie, gdyby była, trudno byłoby znowu nabrać tego rozpędu.
Upewnię się jeszcze tylko, czy wystąpiliście w składzie osobowym takim, jaki podany jest w programie?
W takim. Nie mamy dublerów. Nikt się podjął...
Dziękuję za rozmowę.