Alice Cooper - „Brutal Planet”

Płyta ,o której dzisiaj piszę nie jest jakimś świeżym wydawnictwem, ale zasługuje na to aby wspomnieć o niej w kilku słowach. Dlaczego?...Ano dlatego, że Alice Cooper to po pierwsze weteran sceniczny, wokalny, muzyczny, postać kojarzona z horrorem jaki miał przyjemność tworzyć przed laty na scenie ku uciesze publiczności, a przerażeniu przeciwników rockowej, czy hard rockowej muzyki, bo właśnie taki gatunek reprezentuje i płyta jakże inna od pozostałych.

Fani muzyki rockowej i Ci w średnim wieku doskonale wiedzą, że Cooper to ktoś w rodzaju współczesnego Mansona, skandalista, czasami obsceniczny, ale za młodu. Z czasem człowiek „dorośleje” i wszelkie zabawy w duchy i bobo* przestają go kręcić, chociaż sam jak duch, czy bobo wygląda w dalszym ciągu. Dla młodszej publiczności Cooper to przede wszystkim „Poison”(jego największy komercyjny chyba przebój) a dla jeszcze młodszej nie wiadomo kto, ponieważ „Poison” to przecież hit dyskotekowy, a nie piosenka starego Alice’a.
Ale do rzeczy...

„Brutal Planet” jest inna, bo ona jest faktycznie brutalna. Podczas gdy Alice „dorośleje” jego muzyka nabiera potęgi, mrocznych brzmień, konkretnych tekstów i dla kogoś kto spodziewał by się ładnych, chwytliwych kawałków jak choćby wyżej wspomniany „Poison” na próżno zainteresuje się tym krążkiem. To płyta dla kogoś kto lubi odkręcić potencjometr swojego wzmacniacza, poszaleć przy miażdżących riffach, nawet pokrzyczeć razem z Cooperem, bo aż tak trudno nie jest. Ten produkt zwyczajnie nakręca.

Jedenaście kompozycji utrzymanych w ciężkim, nisko strojonym gitarowo klimacie, mocną sekcją, loopami, i nawet bardzo ładną, utrzymaną w klimacie Lennona balladką, która odbiega nieco od reszty płyty i w niczym to nie przeszkadza, ale Alice Cooper po prostu lubi taką stylistykę. Sentyment?

Słuchając płyty ma się wrażenie, że to nie Cooper, chociaż... no właśnie - styl Coopera został zachowany. Znakomicie pomieszany materiał, linie wokalne starawe, ale dzięki temu melodyjne i przebojowe, bez cudów (cudowanie bywa często chybione i na dłuższą metę nudzi) bucząco - stękajacych nowoczesnych śpiewaków, prosta osadzona sekcja rytmiczna, odrobinka elektroniki i niskie hałaśliwe gitary. Efekt - nowocześnie brzmiący materiał nawet dzisiaj, choć od wydania tej płyty minęło już dziewięć lat. Takie kompozycje jak choćby „Wicked young man”, „Gimme”, „Blow me a Kiss”, „Pick up the bones” zainspirowany autentycznym wydarzeniem w Kosowie, czy tytułowy „Brutal Planet” niczym nie odbiegają od współczesnych kawałków wagi ciężkiej.

Jeśli lubicie konkretne hard rockowe granie polecam tą płytę. W samochodzie może być niebezpieczna, więc raczej słuchajcie radia, „Brutal Planet” niech wam gra w domu.
Współczuję równocześnie Sarze May, o której tyle ciepłych słów napisał ostatnio Adrian.

Rafał.
* bobo – coś strasznego, okropnego, mara czym dawniej straszono dzieci, żeby były grzeczne, albo żeby chciały jeść.
12.05.2009
Twój komentarz:
Ankieta
Czy jesteś za przywróceniem handlu w niedzielę?
| | | |