Z Andrzejem Radzikiem, muzykiem, wieloletnim kierownikiem artystycznym Zespołu Pieśni i Tańca „Świerczkowiacy” rozmawiał Piotr Filip
Od prawie 50 lat jest pan związany z Mościcami i zespołem „Świerczkowiacy”. To świadomy wybór, czy życiowy przypadek?
Na początku przypadek, a potem wybór. Do Mościc trafiłem w 1965 roku dzięki ogłoszeniu w „Gazecie Krakowskiej”. Dom kultury poszukiwał kierownika muzycznego. Przyjechałem ze Skawiny, poszedłem do dyrektora domu kultury, ten zaprowadził mnie do Stanisława Opałki, ówczesnego dyrektora Zakładów Azotowych. Uzgodniliśmy, że od września rozpocznę pracę. Ale nie był to jeszcze czas, gdy myślałem, że zostanę w Mościcach na całe życie.
O ile wybór Mościc był przypadkiem, o tyle związki z muzyką przypadkowe nie były. Pochodzi pan z rodziny, w której sporo osób zajmowało się tą dziedziną.
Tak. Przede wszystkim rodzice. Mama grała na fortepianie i udzielała lekcji gry. Ojciec amatorsko grał na skrzypcach, muzykiem był także stryj – Marian Radzik. Można powiedzieć, że nasz dom kręcił się wokół muzyki. Mama współpracowała także z dwoma zespołami folklorystycznym, jednym w Krakowie i jednym w Skawinie, gdzie mieszkaliśmy. Urodziłem się w Krakowie, ale w czasie okupacji rodzice przenieśli się do dziadków do Skawiny. Mama uczyła mnie gry na fortepianie, ale, jak dzisiaj to oceniam, nauka gry szła mi opornie. Najwięcej nauczyłem się w szkole muzycznej w Krakowie, ale była to już pięcioletnia szkoła pomaturalna. Bo miałem jeszcze w życiu taki epizod, że studiowałem na politechnice. Muzyka nie była więc oczywistym wyborem. Z politechniki ostatecznie zrezygnowałem w połowie studiów, zostałem w szkole muzycznej. To była pod każdym względem bardzo dobra szkoła. Nie interesował nas wówczas folklor, słuchaliśmy jazzu, Glenna Millera, Gershwina. A w soboty chodziło się grać. W szkole funkcjonowała giełda. Można była trafić na wesele, do knajpy, albo na zastępstwo do filharmonii. To była i możliwość zarobienia i poćwiczenia. W domu nie chciałoby mi się grać kilka godzin. Podczas takiej „fuchy” musiałem. Grałem już wówczas na saksofonie. Trafiłem w końcu na studia do Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie, ale także ich nie skończyłem, tym razem ze względu na chorobę ojca. I tak trafiłem do Mościc.
Znał pan Tarnów, Mościce, tutejsze środowisko?
W Tarnowie znałem jedynie Jana Ożgę, z którym zdarzało się wcześniej grać. Nie zamierzałem zresztą zostawać tu długo. Mieliśmy z kolegami plany koncertowe - wyjazd do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, później na Cypr. Może nie były to ambitne projekty artystyczne, ale finansowe na pewno. Niestety, rozchorowałem się, nigdzie nie wyjechałem, koledzy znaleźli kogoś na moje miejsce i tak musiałem zrezygnować z osobistych planów muzycznych.
Pozostało kierownicze stanowisko w domu kultury?
Nie od razu. Już podczas pierwszej rozmowy dyrektor Opałko zadeklarował, że w ciągu kilku miesięcy mogę otrzymać mieszkanie. Nie byłem zainteresowany, co wzbudziło jego wielkie zdumienie. Byłem kawalerem, mieszkanie nie było dla mnie najważniejsze, zamieszkałem ostatecznie w hotelu, w budynku, gdzie dziś mieści się komenda Policji. To było ciekawe miejsce i ciekawe towarzystwo. Obok mieszkał młody inżynier Andrzej Kasznia. Bodaj drugiego dnia pobytu poznałem innego młodego człowieka, nazywał się Stanisław Maciejczyk. Obydwaj w przyszłości zostali naczelnymi dyrektorami Zakładów Azotowych. W pierwszych miesiącach nie byłem kierownikiem, miałem etat instruktora w dziale artystycznym domu kultury, tzw. „starego”, bo nowy był dopiero budowany. Później rzeczywiście zostałem kierownikiem działu z pensją porównywalną do kierownika technicznego wydziału w Zakładach Azotowych. To był także atut Mościc. Normalna praca, pełny etat, stabilizacja. Koledzy pracowali jako instruktorzy w całej Polsce, ale niewielu proponowano etat w instytucji kultury.
Dużo się wtedy działo w domu kultury?
Bardzo. Jako instruktor pracowałem z zespołami estradowymi. Ćwiczył u nas chór „Harmonia”, orkiestra dęta, działał zespół pantominy, grupa kabaretowa no i istniał już Zespół Pieśni i Tańca „Świerczkowiacy” oraz kapela.
Początek istnienia zespołu to połowa 1963 roku?
Niezupełnie. „Świerczkowiaków” stworzyli Kazimierz Ożga i Jerzy Szawica w 1962 roku. Formalnie jednak historia zespołu liczona jest od pierwszego występu – 30 kwietnia 1963 roku. Był to, jak łatwo się domyślić, występ z okazji 1 Maja, czyli Święta Pracy.
Kiedy Mościcie stały się ostatecznie pana domem w pełnym znaczeniu tego słowa?
W połowie lat siedemdziesiątych, a więc w 10 lat po przyjeździe. Wtedy już zależało mi na otrzymaniu mieszkania. Choćby dlatego, że się ożeniłem. Poszedłem do dyrektora Opałki i przypomniałem mu rozmowę sprzed lat. Obiecał, że w krótkim czasie pomoże mi rozwiązać problem. Rzeczywiście po kilku miesiącach miałem możliwość wybrania jednego z trzech mieszkań. Na żadne się nie zdecydowałem, choćby dlatego, że znajdowały się poza Mościcami. Wkrótce jednak i ten problem został rozwiązany i zamieszkaliśmy z żoną przy ulicy Kasztanowej.
W ciągu tych 50 lat prawie wszystko się zmieniło, czy zmienili się również ludzie i ich podejście do pracy w zespole?
Byłem kierownikiem artystycznym „ Świerczkowiaków” przez 39 lat, obecnie, od 10 lat jestem kierownikiem muzycznym. Mogę powiedzieć, że zespół miał wielkie szczęście do wspaniałych choreografów. Zawsze bardzo ceniłem przede wszystkim Wandę Zach. Z zespołem pracowali i pracują bardzo dobrzy muzycy.To muszą być profesjonaliści, nie da się powierzyć tej „działki” amatorom. Przed laty udział w zespole był antidotum na nudę. Później sposobem na zwiedzanie Polski i świata. Widać to było zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Ale muszę powiedzieć, że tylko jedna osoba wykorzystała wyjazd, by pozostać na zachodzie. Było to w 1982 roku. Interesowali się tym przypadkiem panowie z Służby Bezpieczeństwa, udało mi się to jakoś wytłumaczyć. Interesowali się również moją osobą, bo miałem brata za granicą. Mnie jednak nigdy nie interesowało pozostanie za granicą przy okazji wyjazdu z zespołem.
Rzeczywiście wszystko wokół nas się zmieniło, ale podsumowując te kilkadziesiąt lat można powiedzieć, że Zakłady Azotowe zafundowały miastu, oprócz wielu innych rzeczy, także wspaniały zespół. Nie jest łatwo taką grupę stworzyć, a jeszcze trudniej utrzymać w dobrej kondycji przez 50 lat.
Czy „Świerczkowiacy” mają perspektywy na przetańczenie kolejnych kilkudziesięciu lat?
W chwili obecnej nie widzę powodów do obaw. To wielka zasługa Agnieszki Kawy, obecnej dyrektorki Centrum Sztuki Mościce. Obok grupy zaawansowanej pracuje grupa złożona z gimnazjalistów i licealistów, kolejna grupa to uczniowie szkoły podstawowej, a ostatnio otwarto „przedszkole”. Na zajęcia przyszło 60 dzieci. Nawet jeśli większość z czasem zrezygnuje, i tak pozostanie spora liczba. A ci, którzy odejdą zostaną może w przyszłości widzami, nie tylko koncertów „Świerczkowiaków”. To element edukacji kulturalnej, która jest niezmiernie istotna, a o której w pewnym momencie w Polsce zapomniano. Na nic infrastruktura, nawet najbardziej nowoczesna, na nic wielka sztuka, jeśli nie będzie publiczności. Dlatego nie wstydźmy się domów kultury, gdzie każdy może przyjść i spróbować swoich sił. Istnieją one w dużo bogatszych krajach i niech działają także w Polsce.
Dziękuję za rozmowę