Gdy nie ma ograniczeń, nie da się robić sztuki

Z Tomaszem Drozdowiczem, reżyserem, członkiem jury Międzynarodowego Festiwalu Filmowego „Dozwolone do 21” rozmawiał Piotr Filip

Dobiegł końca kolejny festiwal filmowy dla młodych twórców. Czy to co robią uczestnicy festiwalu nazywa się kinem amatorskim, niezależnym, alternatywnym, offowym? A może nazwa ma znaczenie drugorzędne?
Sądzę, że nazwa jest w tej chwili mało ważna. Nie używałbym określenia kino amatorskie, bo ono często jest bardziej zawodowe niż to co robią ludzie z dyplomami. Niezależne z kolei to pojęcie względne. Od czego i od kogo właściwie jest ono niezależne? Jeśli przyjmiemy, że ci młodzi twórcy robią kino niezależne, to cała reszta robi jakieś kino zależne? Dlatego osobiście lubię nazwę kino offowe, choć jest to kalka z obcego języka.
Pan wyszedł z tego środowiska, również zaczynał od tego typu filmów. Czy dzisiaj łatwiej jest robić filmy, niż np. 20 lat temu?
Myślę, że jest i łatwiej i trudniej. Łatwiej jest przede wszystkim ze względu na postęp techniczny. Nie jest dzisiaj problemem zrobienie filmu, który spełnia wszystkie wymogi techniczne. Jeśli kilku twórców zrobi składkę, to stosunkowo niewielkim kosztem skompletują sprzęt umożliwiający zrobienie filmu, który nie będzie odbiegał standardem od tego, co jest emitowane w stacjach telewizyjnych. Trzeba jednak pamiętać, że tak jak wynalazek pióra nie zwiększył liczby poetów, tak dostęp do kamery nie sprawia, że rośnie liczba twórców filmów. Kiedy ja zaczynałem robić filmy jako, jak wtedy mówiono, filmowiec – amator, robiliśmy je na taśmie filmowej. Była ona po pierwsze trudno dostępna, po drugie w małych rolkach, po dwie, trzy minuty, W związku z tym każde naciśnięcie spustu w kamerze oznaczało duży wydatek i wymagało poważnego zastanowienia. Pierwsza zmiana to były kasety VHS. Wówczas filmy amatorskie, które dotąd miały zwykle trzy do pięciu minut, rozrosły się do godziny, a przez to stały się monstrualnie nudne. Po raz kolejny wiele się zmieniło, gdy pojawił się montaż komputerowy. To bardzo pomogło filmowi. To trochę tak jak z aparatami fotograficznymi. Kiedy wszyscy mieliśmy aparaty z kliszą fotograficzną, przywoziło się z wakacji trzy, cztery rolki zdjęć. Dzisiaj przywozi się z wakacji półtora tysiąca zdjęć, z czego 90 % jest do wyrzucenia. W przypadku filmów również jest łatwość ich nakręcenia, natomiast myślenie włącza się często później. Z tego punktu widzenia dzisiaj jest trudniej. Jak powiedział kiedyś nieżyjący już Józef Szajna – gdy nie ma ograniczeń, nie da się robić sztuki. Sztuka polega na przełamywaniu ograniczeń. Jeśli więc dzisiaj wiele rzeczy przychodzi łatwo, powstaje wiele rzeczy miałkich i niewiele wartych. Z drugiej strony w kinie offowym pojawiają się rzeczy bardzo fajne i warte promocji i pokazania w normalnym obiegu.
Nie jest to jednak rzecz prosta. Nawet profesjonalni twórcy mają kłopoty na rynku filmowym. Część filmów robionych w Polsce w ogóle nie wchodzi na ekrany. Jak w takim razie mogą się tam znaleźć filmy offowe?
To niestety prawda. Już wiele lat temu jeden z moich przyjaciół przekonywał mnie, że znalezienie pieniędzy na zrobienie filmu, to często najmniejszy problem. Największym jest znalezienie sposobu na dystrybucję. W promocję filmu, czy on jest polski, czy amerykański, włożyć trzeba takie same pieniądze. Tylko, że na amerykański hit przyjdzie do kina milion widzów, a na film polski 100 tysięcy, jak dobrze pójdzie. Dlatego dystrybutorzy nie palą się do ich promowania, bo nie mają w tym interesu. To jest coraz większy problem. Sprawienie, by dystrybutor uwierzył, że zarobi na filmie młodego człowieka jest bardzo trudne. Wierzę natomiast w możliwości Internetu. Pokolenie obecnych dwudziestolatków ma już Internet we krwi. Przy odrobinie pomysłu da się w Internecie sprawić, aby film był oglądany. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że w sieci można mieć widownię porównywalną z tą kinową.
Jesteśmy po festiwalu międzynarodowym, na którym prezentowane były filmy bardzo młodych ludzi. Czy można dostrzec specyfikę poszczególnych kinematografii narodowych, czy może globalizacja dosięgła również kino i wszyscy mówią podobne rzeczy w ten sam sposób?
Na tym akurat festiwalu problemu globalizacji nie dostrzegłem. Obejrzeliśmy np. animowane filmy bardzo młodych twórców z Chorwacji, ale opozycją do nich były filmy animowane młodych Polaków z Legnicy. Faktem jest jednak, że młodzi ludzie z różnych krajów bardzo często opowiadają podobne historie. Można więc chyba powiedzieć, że globalizacja postępuje. Nie mamy młodego kina osadzonego w lokalnych realiach.
Czy uczestnicy tarnowskiego festiwalu zostaną w przyszłości profesjonalistami, czy raczej pozostaną w nurcie offowym?
To kwestia życiowych wyborów i decyzji. Filmowcem niezależnym można być jeśli człowiek utrzymuje się z pracy w zupełnie innym zawodzie. Samo wykształcenie filmowe ma drugorzędne znaczenie, podobnie jak pieniądze, które trzeba pozyskać na zrobienie filmu. Można je pozyskiwać, można robić filmy, a na co dzień utrzymywać się z innych źródeł. Patrząc natomiast na filmy uczestników festiwalu, widać, że są to ludzie piekielnie zdolni i na pewno część zechce potraktować to, co w tej chwili jest hobby, jako swój zawód w przyszłości. Co wcale nie oznacza, że będzie to dla nich z korzyścią. Jeśli staną się zawodowcami zapewne większość będzie musiała zdecydować się na dość kontrowersyjną komercję. Stacje telewizyjne cały czas potrzebują dopływu świeżej krwi. Ludzi, którzy będą kręcić telenowele, programy z gwiazdami tańczącymi na lodzie, czy śpiewającymi. Mam jednak również nadzieję, że przynajmniej kilka osób, których filmy tu oglądaliśmy za kilka, czy kilkanaście lat będzie miało coś do powiedzenia w kinie autorskim. Życzę im tego, by robili coś, co im, a także nam, widzom sprawi jakąś frajdę.
A czy coś Pana na tarnowskim festiwalu zaskoczyło, było jakąś niespodzianką?
Myślę, że nie. Wielkiego szoku nie przeżyłem, ale przyznaję, że część z tych filmów widziałem już wcześniej. Jeden z filmów wzbudził kontrowersje wśród widzów. Rzeczywiście był dość ostry w formie i treści, ale ciekawy, choć kompletnie nieudany. Cieszę się, że autor ma tego świadomość. Film jest jednak interesujący, autor próbował zmierzyć się z tematem bardzo trudnym i drastycznym. Poległ na tym temacie, bo jeszcze brakuje mu warsztatu, wiedzy i umiejętności. Szanuję jednak to, że nie zrobił filmu o kwiatkach, czy innych głupstwach, ale chciał zmierzyć się z czymś, co dla jego pokolenia jest widocznie ważne.
Zapewne najbardziej interesują pana tarnowscy twórcy. Krzysztof Głuszak zrobił montaż z serialu „Stawka większa niż życie” i wykazał się przy tym inteligencją, sprawnością montażową i poczuciem humoru. To miła i bardzo sprawna zabawa z filmem, świadcząca o talencie autora. Kolejny film wyprodukowany w Tarnowie opowiadał o społeczności skejtów. Film pokazał, że autorzy fotografują i montują nieźle, natomiast zbyt zafascynowani są tym ruchem, by w interesujący sposób o nim opowiedzieć. Po kilku minutach oglądania byłem zafascynowany popisami bohaterów filmu, ale po kilkunastu minutach już nieco znużony. Chciałbym natomiast, aby autor więcej opowiedział o swoich bohaterach. Co to są za ludzie, dlaczego jeżdżą, jakie mają plany na życie? Autor tymczasem ograniczył się jedynie do pokazania, że jego bohaterowie potrafią świetnie jeździć na rolkach.
To Pana kolejna wizyta w Tarnowie. Nasze miasto może niezbyt często, ale regularnie przewija się przez pańskie życie zawodowe.
Tarnów jest jedynym miastem, o którym zrobiłem dwa filmy dokumentalne. Jeden dotyczył młodych filmowców skupionych w klubie „Szwenk”, drugi wydarzeń z października 1918 roku, gdy władzę w mieście przejmowali Polacy. Zawsze chętnie tu wracam. To bardzo miłe miejsce, pełne młodych i bardzo twórczych ludzi.
Powiedzmy jeszcze o pańskich najbliższych planach?
To jest temat, o którym najmniej chętnie rozmawiam. Plany bowiem, zwłaszcza w warunkach polskich, mają to do siebie, że się nie realizują. O filmach można rozmawiać wówczas, gdy na półce w montażowni stoją już kasety zdjęciowe i wiadomo, że ten film na pewno powstanie. Mam nadzieję w przyszłym roku zrobić dla teatru telewizji spektakl opowiadający o bitwie warszawskiej z roku 1920. Chcemy o tym opowiedzieć, bo to jeden z tych momentów w naszej historii, gdy coś się naprawdę udało. Marzy mi się również realizacja dwóch filmów dokumentalnych. Jeden to opowieść o Krzysztofie Kolbergerze i jego walce z ciężką chorobą. Drugi będzie opowiadał o zupełnie zapomnianej postaci szwedzkiej aktorki, która przed wojna występowała w Warszawie, a podczas wojny pomagała Polakom, po wojnie również wspierała opozycję w Polsce. Pozostałych planów nie ujawnię.
Dziękuję za rozmowę.
11.11.2009
Twój komentarz:
Ankieta
Moje tegoroczne wakacje spędzę:
| | | |