To nie było kameralne spotkanie. To był spektakl, popis, wieczór słowno-muzyczny, podczas którego słowem szafowali Paweł Piszczek i Łukasz Winczura, a muzyczne rarytasy serwował kwartet Con Affetto. Wisienką na torcie były fragmenty książki czytane przez Jerzego Pala. W tarnowskim teatrze, przy pełnej sali, Paweł Piszczek, znawca wszystkiego, co dobre, promował swoją książkę, której tytułu nawet on dokładnie nie pamięta - „Tradycyjne smaki Tarnowa w nowej odsłonie...i jeszcze słów kilka o gastronomii dawnego Tarnowa. Do potraw selekcja win z winiarskiego regionu Dolina Dunajca i Białej”. Nikt by nie zapamiętał.
Paweł Piszczek popełnił dzieło literackie traktujące o kulinarnych tradycjach miasta i śmiało można powiedzieć, że stworzył coś z niczego. Tarnów nie posiada bowiem w tym zakresie żadnych tradycji, żadnej flagowej potrawy tu i stąd. Toruń ma pierniki, Kraków obwarzanki. Podhale oscypka, Tarnów nie ma nic. Przez wieki był miastem wielokulturowym, składającym się ze społeczności polskiej, żydowskiej, austriackiej, romskiej, węgierskiej, niemieckiej. Przepisy przeplatały się ze sobą, podlegały modyfikacji, tworzyły mieszankę, a wiele dań utożsamianych jest ogólnie z Małopolską, a nie konkretnie z Tarnowem. Ale z tej mieszaniny Paweł zrobił atut. W książce przytacza wiele przepisów, w których dopatrzyć się można specyfiki kuchni dawnych mieszkańców miasta. Ta ewoluująca przez lata kompilacja smaków i proporcji dostarcza dzisiaj kubkom smakowym wielu zaskakujących doznań.
Autor, jako wytrawny znawca win, nie mógł ich pominąć w swojej publikacji. To tematyka szczególnie bliska jego sercu i gdyby nie zdyscyplinowanie niezastąpionego redaktora Łukasza Winczury, zgromadzona na promocji publiczność wysłuchałaby wszystkich szczegółów o kolorach, słodyczy, szczepach i rodzajach napoju bogów. Perfidia autora książki sięgnęła tak daleko, że przy każdym opublikowanym w książce przepisie znalazła się wskazówka, jakie wino do danej potrawy należy podać. A więc, proszę państwa, na pewno nie to, które stoi w barku. Powinno to być wino nasze, lokalne, z winnic Doliny Dunajca i Białej, tarnowskie.
Powód do dumy jest. Okolice Tarnowa posiadają idealne warunki do uprawy winorośli. I to się dzieje. Podczas spotkania promocyjnego można było spróbować Sangus Blanc, pierwszego wina z winnicy tarnowskiej. Trunek powstał z owoców zebranych z winnicy na południowym stoku (!) znajdującym się obok Parku Sanguszków. Wino jest białe, delikatne w smaku, bazujące na szczepach doskonale radzących sobie w polskim klimacie. Na naszych oczach rodzi się nowa tradycja.
Może i dobrze, że idziemy w wino. Wybudowany niegdyś przez Sanguszków browar posiadał wprawdzie własny wodociąg i aparat Pistoriusza do pędzenia gorzałki, a jednak tarnowskie piwo uważane było przez znawców za jedno z podlejszych. Więc piwo nie, wino tak.
No i te rzucane mimo chodem wspomnienia. Trochę to zabawne, że dwóch, całkiem jeszcze młodych panów z jednej dzielni, z nostalgią wspomina łąki nad Wątokiem i minione lokale gastronomiczne dumnie zwane restauracją...Wspomnienia bardzo fascynujące, ale nad tym, by nie poszły zbyt daleko, też czuwał redaktor Winczura. Nawiasem mówiąc, ciekawe czy Paweł wie, dlaczego nazwy wyszynków znajdujących się niegdyś wzdłuż drogi z Tarnowa do Łęgu Tarnowskiego, nosiły kolejno nazwy Zarękawek, Wychylówka i Wytrząstka...
Publiczność, która tak licznie przybyła na promocję książki, złożona była głównie z przyjaciół, znajomych, lokalnych estetów i ludzi, którzy przyszli po prostu na darmowe przekąski. Sądząc po kolejce do degustacji win, wieczór prawdopodobnie skończył się na deklaracjach dozgonnej miłości do lokalnego winiarstwa.
Pawła czekają teraz spotkania, wizyty w zakładach pracy, autografy i znak naszych czasów – selfie. Aż chce się powiedzieć Paweł, Paweł, trzymaj się.