Byliśmy tam
Z Grzegorzem Koziołem, Wójtem Gminy Tarnów, uczestnikiem uroczystości w Katyniu rozmawiał Piotr Filip.
Uczestniczył Pan w uroczystościach rocznicowych w Katyniu w składzie delegacji tarnowskich samorządowców. Kiedy Państwo wyjechaliście do Katynia?
W składzie delegacji znajdowali się nie tylko samorządowcy z naszej gminy, ale i m.in. burmistrz Tuchowa, wójt Skrzyszowa, dwie osoby reprezentowały samorząd powiatu tarnowskiego. Pojechaliśmy samochodem nieco wcześniej, bo chcieliśmy odwiedzić inne jeszcze miejsca związane z historią Polski, np. Nieśwież, Grodno, Mińsk i spotkać się z mieszkającymi na Białorusi Polakami. Po tragedii zmieniliśmy plany i natychmiast wrócili do Polski.
Kiedy Panowie dotarliście do Katynia?
W sobotę o szóstej rano. Chcieliśmy obejrzeć to tragiczne miejsce, pomodlić się w spokoju. Pogoda była ładna i nic nie wskazywało na to, co wydarzyło się wkrótce potem.
Kiedy dowiedział się Pan o katastrofie i śmierci członków delegacji?
Przede wszystkim widzieliśmy i wiedzieliśmy, że nie ma jeszcze najważniejszych gości. Później zrobiło się zamieszanie, ale nie uzyskaliśmy żadnych informacji. O katastrofie dowiedzieliśmy się z sms – ów z Polski, gdy w polskiej telewizji relacjonowano już przebieg tragedii, a my wciąż jeszcze czekaliśmy na prezydenta. Po tej informacji ekipy telewizyjne i członkowie ochrony wyjechali na miejsce katastrofy. W lesie katyńskim rozpoczęła się Msza Święta, dzięki temu być może chaos był mniejszy. Nabożeństwo rozpoczęło się oczywiście z opóźnieniem.
Czy byli panowie na miejscu katastrofy?
Pojechaliśmy tam po zakończeniu mszy. To odległość 30 – 40 kilometrów. Wrażenie było straszne. Udało nam się dotrzeć 30 metrów od miejsca upadku samolotu. Teren był ogrodzony, policja blokowała drogę, ale kiedy dowiedziano się, że jesteśmy Polakami, pozwolono nam przejechać. Widzieliśmy części samolotu. Rozmawialiśmy z jednym z policjantów, który wydział wypadek. Z jego opowieści wynikało, że samolot zbyt wcześnie podszedł do lądowania. Zaczął ścinać czubki drzew. Widzieliśmy te ścięte na szerokości kilku metrów niewielkie drzewa. Pilot próbował podnieść maszynę ale wtedy uderzył w grubsze drzewo, co spowodowało urwanie skrzydła samolotu. Od razu na miejscu katastrofy pojawili się Rosjanie, przynosili kwiaty, zapalali znicze.
Kiedy Panowie wyjechaliście ze Smoleńska?
W sobotę po południu. Zatrzymaliśmy się na nocleg w Mińsku, a stamtąd w niedziele rano prosto do granicy. Zabraliśmy jednak ziemię z katyńskiego lasu i świerki, które trafią do szkół naszej gminy. Niech młodzież je zasadzi i później się nimi opiekuje.
Chcieliśmy w niedzielę uczestniczyć w nabożeństwie, zatrzymaliśmy się przypadkiem w jakiejś białoruskiej miejscowości, której nazwy nawet nie znam. Okazało się, że trafiliśmy na Mszę Świętą, i to mszę odprawianą w języku polskim. Na ołtarzu położono godło Rzeczypospolitej przepasane kirem. Na granicy nikt nawet nie sprawdzał paszportów. Można było przejechać bez przeszkód. Z tego co wiem, od razu powrócił do Polski również pociąg, którym jechali m.in. przedstawiciele Rodzin Katyńskich, także z Tarnowa.
Znał Pan prywatnie którąś z ofiar?
Prywatnie dość blisko znałem Wiesława Wodę i Zbigniewa Wassermanna.
Dziękuję za rozmowę
12.04.2010