Moja praca nie idzie na marne
Ze Stanisławem Majorkiem, trenerem piłki ręcznej, byłym selekcjonerem reprezentacji Polski, Luksemburga i Zjednoczonych Emiratów Arabskich rozmawiał Piotr Filip.
Kojarzony jest Pan z wielkimi sukcesami polskiej piłki ręcznej, kojarzony jest Pan również z Tarnowem. Ale nie urodził się Pan w Tarnowie.
Czuję się tarnowianinem, ale nie zapominam o miejscu urodzenia. Pochodzę z Pleśnej, niewielkiej miejscowości pod Tarnowem. Tam skończyłem szkołę podstawową, tam do dzisiaj mieszka mój ojciec i brat. Do Tarnowa przyjechałem do szkoły średniej, miałem 14 lat, zaczynałem naukę w Liceum Pedagogicznym w przy ulicy Nowy Świat. Wtedy też dopiero zacząłem grac w piłkę ręczną. Później zacząłem studia w Wyższej szkole Wychowania Fizycznego w Krakowie, bo tak wówczas nazywała się AWF. Tam na dobre związałem się z dyscypliną sportu, której poświęciłem praktycznie całe życie. Po studiach wróciłem do Tarnowa i zacząłem swoją wielką przygodę w Pałacu Młodzieży. Trafiłem na świetnego dyrektora tej placówki Józefa Skubaję. Zaczynaliśmy na asfaltowych boiskach,
które do dziś można oglądać obok Pałacu Młodzieży. Był rok 1960.
Oprócz Pałacu Młodzieży był Pan przez pewien czas związany także z Tarnovią.
Tak, w tym samym czasie próbowaliśmy trenować piłkę ręczną również w Tarnovii. Potem pracę w Tarnovii kontynuował Stanisław Kubala. Piłka ręczna zaczęła być wtedy modna w Polsce, a w Tarnowie szczególnie. Bardzo pomogli w tym nauczyciele tarnowskich szkół, z którymi miałem dobre kontakty. Gdy odbywały się mistrzostwa Tarnowa w piłce ręcznej zgłaszało się kilkanaście zespołów, czyli właściwie wszystkie szkoły miały swoje drużyny. Moją rola było zachęcenie najlepszych do przychodzenia na treningi do Pałacu Młodzieży.
Przypomnijmy więc największe sukcesy tarnowskiej młodzieży w piłce ręcznej?
Największe sukcesy osiągnęliśmy bodaj w roku 1974. Na osiem kategorii, w których wystartowały tarnowskie zespoły w Mistrzostwach Polski siedem zdobyło tytuły mistrzowskie, jeden wywalczył tytuł wicemistrza. Bardzo się tą ostatnią porażką martwiono.
Poza sukcesami sportowymi warto chyba wspomnieć o jednym jeszcze sukcesie. Pańscy podopieczni kończyli szkoły, zostawali studentami Akademii Wychowania Fizycznego, a później wracali do Tarnowa już jako trenerzy piłki ręcznej.
To był rzeczywiście sukces, choć nie zamierzony. Część tych chłopców pokochała piłkę ręczną, niektórzy zostali również trenerami i nauczycielami sportu. W ciągu 10 lat 36 moich podopiecznych z Tarnowa uzyskało co najmniej tytuł trenera drugiej klasy. Miał więc kto pracować z młodzieżą.
Pana bowiem już w latach siedemdziesiątych w Tarnowie nie było.
Zauważono moją pracę, a raczej fakt, że piłkarze z Tarnowa grali w reprezentacjach w kategoriach wiekowych. Powołano mnie najpierw na stanowisko trenera kadry juniorów, później reprezentacji młodzieżowej, wreszcie zostałem asystentem Janusza Czerwińskiego, ówczesnego trenera kadry narodowej. Po raz pierwszy w takim charakterze wyjechałem na Mistrzostwa Świata do Paryża. Po olimpiadzie w Monachium Janusz czerwiński zrezygnował z prowadzenia reprezentacji, namówiono mnie, abym objął tę funkcję. Nie wszystkim podobała się jednak moja kandydatura. Byłem człowiekiem z prowincji, nie prowadziłem wcześniej samodzielnie żadnej klubowej drużyny seniorów, nie miałem tez wielkich osiągnięć jako zawodnik, choć grałem w pierwszej lidze, w drużynie AZS Kraków.
Ile Pan miał lat obejmując reprezentacje narodową?
37 lat. Byłem więc stosunkowo młody i nie miałem wielkiego doświadczenia. Sądzę, że wielu wówczas spisywało mnie na straty. Wydawało się, że moja przygoda z kadrą potrwa jedynie do kolejnych Mistrzostw Świata. Tymczasem na tych mistrzostwach, rozgrywanych w Niemieckiej Republice Demokratycznej zdobyliśmy czwarte miejsce. To był sukces. Nikt już nie pytał kto to jest ten Majorek? Po mistrzostwach wywalczyliśmy drugie miejsce w Pucharze Świata, i rozpoczęły się przygotowania do igrzysk w Montrealu. Udało się stworzyć naprawdę dobrą drużynę, ci chłopcy chcieli wiele osiągnąć w sporcie. Sądzę, że z innym trenerem także odnieśliby sukcesy. Pamiętajmy, że był to okres, gdy największe sukcesy odnosili piłkarze Kazimierza Górskiego i siatkarze Huberta Wagnera. Nas właściwie nie zauważano. Nie mieliśmy np. możliwości przygotowywania się do igrzysk za granicą. Siedzieliśmy więc z Zakopanem. Na własnych plecach wynieśliśmy cały sprzęt do Doliny Pięciu Stawów, i spędziliśmy tam kilka tygodni, ćwicząc w śniegu i mieszkając wszyscy w jednej sali. Myśmy ciężko pracowali, a Jan Krzeptowski codziennie smażył nam kotlety. W ramach przygotowań rozegraliśmy jeszcze w Tarnowie dwa towarzyskie mecze z Kanadą, gospodarzem igrzysk. W efekcie wywalczyliśmy brązowy medal, ale też mało zauważony, głośniej było o piłkarzach, czy siatkarzach. To były zresztą bardzo dobre dla Polski igrzyska, zdobyliśmy aż osiem złotych medali. Mało więc mówiono naszym brązowym medalu, choć nikomu później w piłce ręcznej nie udało się tego sukcesu powtórzyć.
Zanim jednak na szyjach zawodników zawisły medale trzeba było o nie walczyć. O naszym sukcesie rozstrzygnęła dopiero dogrywka.
Mecz z Niemcami rzeczywiście był dramatyczny. Powinniśmy go wygrać w normalnym czasie, bo prowadziliśmy na krótko przed końcem dwoma bramkami. Zamiast myśleć o obronie wyniku chłopcy myśleli o zdobyciu kolejnej bramki. W efekcie tego błędu taktycznego mecz zakończył się remisem 17:17. Na szczęście w dogrywce wygraliśmy trzema bramkami.
Po igrzyskach nadal pracował Pan z reprezentacją, ale później wyjechał Pan za granicę.
Z polską kadrą pracowałem jeszcze dwa lata. Wywalczyliśmy jeszcze kwalifikacje do kolejnych igrzysk, i podziękowano mi za pracę. Wróciłem więc do Tarnowa. Później prowadziłem przez pewien czas reprezentację Luksemburga, ale bez większych sukcesów, wreszcie Związek Piłki Ręcznej wysłał mnie na kontrakt do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Pracowałem tam z przerwami aż do 2000 roku. Trzymano mnie, bo miałem sukcesy. Rywalizowaliśmy z Arabią Saudyjską, Katarem, Omanem.
Wrócił Pan jednak do Polski i do dzisiaj pracuje głównie z najmłodszymi adeptami piłki ręcznej. Nie myślał Pan o powrocie do wielkiego sportu?
Być może gdybym nie pracował tak długo w Zjednoczonych Emiratach Arabskich mógłbym wrócić w Polsce do piłki seniorów. Różne rzeczy spotkały mnie w życiu jako trenera i jako nauczyciela, ale nigdy nie wstydziłem się tego co robię, uważam tez, że mam pewien dług wobec piłki ręcznej. Kiedy w Tarnowie uznano, że nie jestem potrzebny, trafiłem do Skrzyszowa i mogę się z tego jedynie cieszyć. Teraz cała gmina gra w piłkę ręczną. We wszystkich szkołach są drużyny, najbardziej utalentowani już mają sukcesy w postaci powołań do kadry narodowej juniorów. Chciałbym doczekać się wychowanków również w reprezentacji seniorów. A ci mniej zdolni, czy chętni zostaną przynajmniej wyrobionymi kibicami sportu.
Można więc chyba powiedzieć, że moja praca nie idzie na marne.
Śledził Pan zapewne dopiero zakończone Mistrzostwa Świata. Jak Pan ocenia swoich następców?
W pierwszej fazie mistrzostw byłem nawet w Chorwacji. Awans do grona czterech najlepszych zespołów uważam za sukces, nawet gdybyśmy nie wywalczyli medalu. Obawiałem się meczu z Chorwacją, nie chciałem również abyśmy grali o medal z Francją, gdyż z tym zespołem mielibyśmy prawdopodobnie większy problem niż z Duńczykami. Widziałem mecz z Rosją, wygraliśmy, ale graliśmy moim zdaniem słabo, na szczęście Rosjanie zagrali jeszcze gorzej. Nie wiem co się stało po meczu z Rosją, że pokonała nas Macedonia. Inna rzecz, że Macedończycy zagrali z nami bardzo dobrze. W meczu z Norwegami z kolei wielką klasę trenerską pokazał Bogdan Wenta. Jego słowa na 15 sekund przed końcem – mamy bardzo dużo czasu – przejdą do historii polskiego sportu.
A czy norweski trener nie popełnił błędu wycofując bramkarza?
Remis nic jego drużynie nie dawał. Myślę, że na jego miejscu zastosowałbym taki sam manewr.
Jak porównałby Pan swoja drużynę sprzed lat trzydziestu i obecną ekipę Bogdana Wenty?
Ciężko takie porównania prowadzić. Zawodnicy, którzy grali w mojej drużynie mogliby zmieścić się w dzisiejszej reprezentacji, bo tacy piłkarze jak Jerzy Klempel, Andrzej Szymczak, Alfred Kałuziński, zmieściliby się w każdej drużynie. Problem jednak w tym, że piłka ręczna się zmieniła. Kiedyś grano bardziej technicznie, dziś ten sport trochę przypomina grę w pingponga. Sędziowie pilnują, by nie grać na czas i po kilku podaniach mogą przerwać akcję. Może to wina telewizji, ale bez mediów nie ma dzisiaj sportu.
Dziękuję za rozmowę
01.02.2009