The All-American Rejects - „When the Word comes down”

Tyson Ritter-vocal,bass
Nick Wheeler-guitars
Mike Kennerty-guitars
Chris Gaylor-drums

Najbardziej oczekiwany album roku 2008.. - tak napisali na regale w jednym ze sklepów muzycznych w Chicago .Tam właśnie kupiłem tą płytę .Niedrogo, nowa płyta, reklamują, pomyślałem - kupię. Nawet nie słuchałem. Nie ukrywam, że niedługo okazało się,iż wydałem niepotrzebnie 12,99$ (zaznaczam, że dolar stał wtedy po 2,20zł.). A było tyle innych płyt... Mniejsza z tym.
„When the Word comes down” to trzeci studyjny album tej niezwykle popularnej grupy w Stanach Zjednoczonych. 11 kompozycji, z których zainteresowały mnie tylko fragmenty. Jeden kawałek się obronił.
Te fragmenty to albo wstęp, albo część zwrotki, albo refren..

Ale do rzeczy. Płytę otwiera „I wanna”, klasyczny „serialowy” numerek jakich setki w filmach typu „Przyjaciele” (nie znoszę) albo „Wieczny student” (też głupawy), itd… Amerykańskie gnioty z prymitywnymi podtekstami erotycznymi. Po nim „Falling apart”, zwroteczka w tango, przygrywają skrzypki i refren! - udał się. Przebojowy, konkretny, może się podobać.

Niestety „Damn girl” to znowu ścieżka dźwiękowa do obrazu jak to on ją rzuca a ona płacze albo ona jego rzuciła dla ładnego chłopaka, a jemu wyszły dwa pryszcze na czole i też płacze. Oboje patrzą na swoje zdjęcia. „NEXT”...singlowy, przereklamowany, non stop grany w MTV „Gives you hell” ,dalej wcale nie jest lepiej. Akustyczna dobrze wyprodukowana balladka „Mona Lisa” niewiele ma wspólnego ze słynnym dziełem Leonarda, „Breakin’” też nudzi i dalej leci ten sam film, tylko teraz ona jest brzydka i ma okulary.
Nawet niespodzianka wokalna Catherine & Allison Pierce w utworze „Another heart calls” nie rekompensuje niczego co było do tej pory, choć kawałek jest całkiem niezły.
Wreszcie doczekałem się piosenki, która mnie zainteresowała i choć nie odbiega stylistycznie od reszty jest jakby inna. Może dlatego, że wstęp przypomniał mi 69Eyes a całość jest najbardziej rockową kompozycją na płycie. Dla mnie numer jeden! Mowa o „Real Word”.
Potem znowu się nic nie dzieje, aż ostatni, zamykający płytę „The wind blows” do złudzenia(oczywiście gdyby nie wyjęte z kontekstu bębny) przywodzą dokonania Alphaville.
W nich też kochało się wiele dziewczyn. Jedyne co różni ten kawałek od innych to przestrzeń klawiszowa, której nie ma na reszcie płyty.
Reasumując - może rozkrzyczane amerykańskie nastolatki, którym wybuchy hormonów nie pozwalają na lepsze wyniki w nauce to kupią, co ja pisze.. kupiły!!!

Efekt..12,99$ poszło, a w głowie nic się nie zmieniło.

Rafał Huszno
14.04.2009
Komentarze:
DogilqZiz: 02.07.2017
hahgsgdnna - google.com google.com - hywyywkkkkkkzzzzsssss
Twój komentarz:
Ankieta
Czy jesteś za przywróceniem handlu w niedzielę?
| | | |