Sara May – „Erotic Soul”

Rzadko słucham rodzimych produkcji i nie przepadam za nowym polskim kinem (o ile coś takiego istnieje), bo mam wrażenie, że większość z tego, co pojawia się na rynku jest kopią czegoś, co już jakiś czas temu pojawiło się na zachodzie. Różnica jest tylko taka, że wersja polska jest zwykle gorzej i taniej wyprodukowana. Nowa płyta Sary May tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nasza muzyka pop to dziadostwo ponad miarę, gdzie konkurencja między „gwiazdami” odbywa się nie na scenie ale na łamach internetowego Pudelka.

Jeśli Sara May posiada talent i dobry, oryginalny głos, trzeba przyznać, że dobrze je, spryciara, ukrywa. Płyta Erotic Soul nie jest ani erotic ani soul. Wokalistka nie może się zdecydować, czy śpiewać po polsku, czy po angielsku, choć warstwa tekstowa jest tak samo płytka w obu wersjach a wykonanie tekstów w obcym języku jest w najlepszych momentach płyty tylko poprawne, a kogoś kto nieźle zna angielski przeważnie denerwujące.

Jeśli mowa o rzeczach denerwujących, to ich lista jest zdecydowanie dłuższa. Weźmy na przykład wokal, którego „żabopodobna” maniera sprawia, że przy piątym utworze mamy ochotę wyjąć krążek z odtwarzacza i podarować kierowcy PKS, aby powiesił sobie pod lusterkiem. Sara się stara, jęczy i wczuwa się naśladując soulową divę, ale efekt jest taki, że słuchając ma się wrażenie, iż bardzo się stara, by wszystko było jak na lekcji śpiewu. Nie ma tu polotu, naturalności, spontaniczności. Zamiast twórczości jest odtwarzanie.

Muzycznie przeważa klimat pseudo pop-soulowy, rozmydlone, ciągnące się jak guma do żucia Donald, ballady z fortepianem plus/lub tanimi klawiszami Casio w tle, przeplatają się z niby skocznymi, tanecznymi utworami, przy których najgorszy kawałek Britney Spears jest arcydziełem na miarę opus magnum. W większości elektroniczne podkłady rytmiczne są robione albo na modłę amerykańskiego hip-popu (New York Cafe) albo żywo czerpane są z twórczości słynnego krakowskiego niewidomego żebraka grającego na organkach na baterie w okolicach drogi z dworca na ul. Floriańską (Sexy Dance). W piosence Mentalny striptiz pojawiają się brzmienia instrumentów dętych, co trochę ożywia i odświeża beznadzieję panującą przez wcześniejsze dziewięć numerów, aby powrócić do taniego, smętnego walczyka już w utworze nr. 11 (Moonlight Angel), w nieskończoność kłującego uszy zawodzeniami pani Szczołek (tak się nazywa Sara May w dowodzie osobistym), która w tekście twierdzi, że anioł księżycowego światła (to Lucyfer był tym, który niesie światło, prawda?) ukradł jej serce i zabrał jej miłość. Może łudziła się, że próbując naśladować Mariah Carey, ten anioł spłynie z nieboskłonu i jej te serce i miłość pooddaje. Raczej obstawiam wersję, że nigdy nie był zainteresowany.

Dalej na płycie jest już tylko nudniej. Piosenka „Trudno powiedzieć kocham” jest o tym, że (niespodzianka!) trudno jest powiedzieć kocham, i nic innego w niej nie znajdziemy; „Erotyczne szepty” sugerują, że Sara jest w stanie rozpalić faceta swoim głosem leżąc przy nim w łóżku i wypowiadając „dziwne słowa”. Wątpliwe. A do końca jeszcze trochę zostało, bo płyta zawiera aż 18 „hitów”. I przy szesnastce kolejne zaskoczenie – znowu walczyk. W takt um-pa-pa, um-pa-pa Sara zapewnia, że nie odejdzie nigdy więcej, co niestety nie wróży dobrze. Nawet dla anioła księżycowego światła, który zapewne jest w stanie naprawdę dużo znieść. Przez dwa ostatnie utwory rozpatrywałem wykorzystanie patentu Odyseusza podczas spotkania z Syrenami i przywiązanie się do krzesła, żeby nie uciec z pokoju lub nie zniszczyć głośników. Różnica jednak jest taka, że Syreny potrafiły głosem uwieść, a Kasia Szczołek vel Sara May raczej odstrasza.

Podsumowując, płytę polecam tym, którzy poszukują w muzyce erotyki typu sado - maso. Puszczając piosenki Sary May mogą wtedy męczyć kogoś lub siebie. Jeśli na żywo piosenki charakteryzują się podobną co na płycie werwą i energią, to publiczność z domów spokojnej starości przeżyje nie lada hulankę. Kasia doborem swojego scenicznego nazwiska obraziła Briana Maya, który jest wyśmienitym muzykiem i Karola Maya, którego jedna książka o Winnetou potrafiła zainteresować dziesięć razy bardziej niż wszystkie płyty młodej polskiej wokalistki. Może czas, żeby poszła poszukać tego swojego anioła, lub rozpoczęła karierę w filmach dla dorosłych (wideoklip do piosenki „Mój Jamie” ukazuje takie ciągotki), choć na tamtym polu też trudno wywróżyć jej sukces. W skrócie – nie polecam kupowania tej płyty, bo to strata pieniędzy, a jeśli ktoś ściąga z Internetu, to szkoda miejsca na twardym dysku. Szkoda też czasu na słuchanie. Nigdy więcej! Już lepiej przez godzinę bez celu gapić się w ścianę.

Adrian Bogacz
05.05.2009
Twój komentarz:
Ankieta
| | | |