Śluby panieńskie - lekkie, łatwe, bardzo przyjemne

 „Ślubami panieńskimi” Aleksandra Fredry rozpoczął sezon artystyczny 2018/2019 tarnowski teatr. I trzeba przyznać, rozpoczął z przytupem i z werwą. Wojciech Malajkat tekst przyciął zgrabnie, akcję osadził w kuchni, postaciom nadał nader wyraźne cechy i w niczym nie przesadził. Wyszło akurat tak, jak wyjść powinno, by w XXI wieku nie zanudzić widza komedią sprzed ponad 180 lat,  pisaną w dodatku, o zgrozo, wierszem.

 

Lekko, łatwo, a przede wszystkim przyjemnie ogląda się „Śluby panieńskie”, komedię Aleksandra Fredry, którą na początek nowego sezonu artystycznego zaserwował tarnowski teatr.

Trudno „Śluby” streszczać, bo i po co, skoro wszyscy znają, a przynajmniej znać powinni? Zresztą, co tu streszczać, historia jest banalna – dwóch młodzieńców zakochanych w dwóch pannach, które, jako że poprzysięgły nigdy nie wychodzić za mąż (Przyrzekam na kobiety stałość niewzruszoną nienawidzić ród męski, nigdy nie być żoną), nie chcą o uczuciach panów słyszeć.

Przy czym, o ile Klara nie chce słyszeć zdecydowanie, Aniela tak zdecydowana już nie jest. Wszystko oczywiście, po licznych zabawnych perypetiach, kończy się szczęśliwie.

Wojciech Malajkat, który spektakl wyreżyserował, postawił na postaci bardzo wyraziste. Klara w wykonaniu Katarzyny Pośpiech jest więc osóbką wyjątkowo charakterną, nieustępliwą,  nieprzebierającą w słowach i głośną. Jej przeciwieństwem jest cicha, łagodna, dobroduszna i naiwna Aniela grana przez Ewę Jakubowicz. Podobnie rzecz ma się w przypadku panów. O ile Filip Kowalczyk w roli Gustawa to pewny siebie fircyk i lekkoduch, o tyle łzawy Albin w postaci Aleksandra Fiałka, jest chodzącym nieszczęściem. Nawiasem mówiąc, Aleksander Fiałek z jakiegoś powodu bardzo do tego nieszczęścia pasuje.

Do tego pani Dobrójska (Dominika Markuszewska), która niejedno w życiu widziała, Radost (Ireneusz Pastuszak) – wymagający stryjaszek i wreszcie Jan (Tomasz Wiśniewski), jak to Jan – do wszystkiego. Także do stania na rękach.

Akcję osadził Malajkat w kuchni, co absolutnie niczemu nie przeszkadza, a o tym, że rzecz dzieje się na wsi, wiadomo z co rusz dobiegających odgłosów zwierząt wszelkiej maści. Brak też na szczęście cudacznych udziwnień, jeśli nie liczyć wiadra ciamajdy Albina. Bo Albinowi to, co w duszy gra, gra też w wiadrze. Nie ma też strojów z epoki, a jednak cioteczka Dobrójska, rodem z wczasowego kurortu, nikogo nie razi, nie rażą też zwiewne odzienie Klary i Anieli. Zgrabnie i sensownie „przycięty” tekst, w którym zachowano to, co najistotniejsze i dynamiczne tempo gry, nie dają czasu  na nudę, a idealnie podany tekst nie razi rymem. Reżyser „tematycznie” skupił się bowiem na tytułowych ślubach i wokół tego właśnie wątku zbudował spektakl.

No i wreszcie zakończenie. Zakończenie niejako po zakończeniu i z wykorzystaniem bardzo nowoczesnej technologii. Tego, z oczywistych powodów, w oryginalnym  tekście nie ma, ale mistrzowi komedii, hrabiemu herbu Bończa, na pewno by się spodobało.

Dorota Filip

23.09.2018
Twój komentarz:
Ankieta
| | | |