Może za dużo wówczas chcieliśmy?

 Rozmowa z księdzem profesorem Michałem Bednarzem, 7 marca 2014 roku. Fragment książki "W stronę wolności. Komitet Obywatelski Solidarność w Tarnowie 1989-1991".


Ksiądz był w latach osiemdziesiątych opiekunem i - w najlepszym tego słowa znaczeniu - animatorem środowiska opozycji. Jak to się stało, że właśnie ksiądz się takiego zadania podjął, a może został do niego wyznaczony?

W okresie 1980 – 1981 moje związki z „Solidarnością” były bardzo skromne. Na prośbę jednego z działaczy napisałem artykuł, który opublikowano w lokalnym czasopiśmie związkowym. Natomiast kiedy rozpoczął się stan wojenny, inicjatorem pomocy represjonowanym był nieżyjący już ksiądz Edward Łomnicki, kolega, z którym uczyliśmy w tarnowskim seminarium. Kilka dni po 13 grudnia przyszedł do mnie z propozycją, byśmy wspólnie zrobili coś dla internowanych, represjonowanych, członków ich rodzin. Wspólnie poszliśmy do biskupa Jerzego Ablewicza, zgłaszając gotowość pomocy internowanym. Ksiądz biskup dał nam upoważnienie, w którym mianował nas swoimi delegatami i z tym pismem zjawiliśmy się w komendzie przy ulicy Traugutta w Mościcach, by spotkać się z funkcjonariuszem SB. Po 20 minutach przyjął nas szef tarnowskiej SB. Był bardzo uprzejmy, co dla mnie z kolei było irytujące. Pierwsze spotkanie zakończyło się tym, że dał nam pisma pozwalające na wyjazd do Rzeszowa, bo w Załężu była internowana większość członków „Solidarności” z Tarnowa. Kolejnym etapem był wyjazd do Załęża. Później, za każdym razem, procedura była taka sama. Gdy chcieliśmy odwiedzić więźniów, musieliśmy mieć akceptację tego funkcjonariusza w Tarnowie.

Pojechaliście we dwóch z księdzem Łomnickim?

Tak. Podczas pierwszej wizyty nie mogliśmy spotkać się z więźniami. Ona miała na celu ustalenie możliwości dalszych działań. Chcieliśmy też dowiedzieć się, co możemy przywieźć internowanym, gdy przyjedziemy po raz kolejny. Równolegle rozpoczęła się pomoc dla rodzin. Od robotników i członków związku wiedzieliśmy od pierwszych dni, kto został internowany. Ci sami robotnicy zaczęli przynosić do nas pieniądze przeznaczone na pomoc. Również fundusze diecezji były przeznaczone na ten cel. Wszystko opierało się na pełnym wzajemnym zaufaniu, bo nie braliśmy żadnych rachunków. Pomagały także inne osoby. Pamiętam, że na początek piekarnia Podlasiewiczów w kilkanaście godzin przygotowała za darmo pieczywo, które zabraliśmy do więzienia. Później korzystaliśmy z usług także innych piekarni, nikt nigdy nie wziął od nas grosza, choć mieliśmy pieniądze, żeby zapłacić. Oczywiście te paczki były istotne, ale nie najważniejsze. Chodziło o kontakt z ludźmi z drugiej strony murów.

Pamięta ksiądz pierwsze spotkanie z internowanymi?

Oczywiście. Od początku biskup Ablewicz zastrzegł, że pojedzie osobiście i odprawi mszę świętą. Wcześniej wszystko zostało ustalone w najdrobniejszych szczegółach. Oprócz księdza biskupa było nas jeszcze pięciu księży. Kuria oddała do dyspozycji samochód, inny samochód wiózł 500 paczek, biskup Ablewicz jechał osobno. Każdy z nas, o ile dobrze pamiętam wyjątek zrobiono tylko dla biskupa, miał przepustkę pozwalającą poruszać się po kraju. Pojechaliśmy w niedzielę, wizyta trwała cały dzień. Kiedy wchodziliśmy na dziedziniec, ze wszystkich okien słychać było skandowanie „Solidarność, „Solidarność”. W Załężu były trzy oddziały, na każdym odprawiona została msza. Spowiedź odbywała się w formie spaceru, bo obawialiśmy się, że w krzesłach mogą zamontować podsłuch. Zabroniono wygłoszenia kazania, zgodzono się jednak na wprowadzenie do mszy świętej. W efekcie biskup wygłosił wprowadzenie, które trwało 45 minut.

Ile takich wizyt w ośrodkach internowania złożyli księża w stanie wojennym?

W okresie od grudnia 1981 roku do czerwca roku następnego odbyliśmy łącznie kilkadziesiąt wizyt w kilku ośrodkach. Za każdym razem towarzyszył nam jeden z biskupów. Równolegle przez cały czas utrzymywaliśmy kontakty z rodzinami, odwiedzając i starając się w miarę możliwości pomagać. Chodziliśmy także z księdzem Łomnickim, oczywiście zawsze obowiązkowo w sutannach, na procesy działaczy opozycji. Pomagaliśmy też organizować adwokatów. To były miesiące bardzo intensywnej aktywności. Niektórym rodzinom pomagaliśmy praktycznie do 1989 roku.

Drugim polem aktywności księdza był Klub Inteligencji Katolickiej. Ksiądz był jego kapelanem od samego początku, czyli od roku 1980?

Tak jak pomoc opozycjonistom organizowaliśmy z księdzem Łomnickim, tak ideą Klubu Inteligencji Katolickiej zaszczepił mnie inny kolega, z którym pracowałem w seminarium – ksiądz profesor Michał Heller. Na organizacyjne spotkanie w salach Muzeum Diecezjalnego przyszło chyba 20 osób. Ksiądz Heller później się wycofał, ja byłem kapelanem KIK. W latach osiemdziesiątych członkowie Klubu pomagali mi także organizować pomoc represjonowanym, a potem obydwa te środowiska się splotły. Dlatego błędem są próby przeciwstawiania środowiska Klubu środowisku związku zawodowego. W Tarnowie np. to w KIK rozpoczęły się spotkania, można je nazwać dokształcającymi, poświęcone społecznej nauce Kościoła. Uczestniczyli w nich przeważnie ludzie „Solidarności”. Dzięki istnieniu Klubu rzeczywiście pewna grupa ludzi mogła się wówczas zorganizować, a to dlatego, że KIK mógł działać  jawnie i robić rzeczy, których kto inny nie mógł wówczas robić – spotkania, na których rozmawiano o historii, kulturze, literaturze polskiej, później pojawiły się Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Cały ruch Klubów Inteligencji Katolickiej ma swoje zasługi, ale nie należy ich przeciwstawiać opozycji solidarnościowej. W Tarnowie ten problem nie istniał, wiem, że powstał w pewnym momencie taki problem w Warszawie, gdzie silny i prężnie działający KIK próbował przypisać sobie prawo bycia liderem przemian.

Sama idea tworzenia Komitetów Obywatelskich podobała się księdzu?

Tak. O projekcie powołania Komitetu w Tarnowie rozmawialiśmy w moim mieszkaniu z Andrzejem Olejnikiem, Stefanem Jurczakiem, Władysławem Żabińskim, Andrzejem Fenrychem i Stanisławem Winczurą. Żeby jednak nie było nieporozumień – to nie ja byłem inicjatorem tego spotkania i pomysłodawcą powołania Komitetu, nie wiem nawet kto zaproponował, by spotkać się u mnie. Wtedy zresztą wiele spotkań i rozmów odbywało się w moim mieszkaniu. Podczas tamtego spotkania zobaczyłem pierwsze tarcia w tej grupie. Pojawiła się także lista osób, które mają ten Komitet Obywatelski stworzyć. Nie byłem bardzo aktywnym uczestnikiem dyskusji, bo sporo nazwisk które padały, nic mi nie mówiły.

Było już po Okrągłym Stole, jak ksiądz przyjmował ustalenia, które zapadły w Warszawie?

Z niedowierzaniem. Byłem prawie pewny, że nas oszukają.

Ksiądz był uczestnikiem pierwszego spotkania członków Komitetu Obywatelskiego w Tarnowie?

Tak. Byliśmy tam z księdzem Łomnickim. To był nasz pierwszy i ostatni kontakt z Komitetem. Uczestnicy spotkania, z których część nie miała nic wspólnego z działalnością opozycyjną, zaczęli się wzajemnie atakować, co uznałem za, najdelikatniej mówiąc, dziwne. Zobaczyłem inny świat. Przez całe lata osiemdziesiąte miałem poczucie, że wszyscy są razem. Tymczasem byłem świadkiem rozpoczęcia walki o władzę. Grupa osób, zaproponowanych nie wiadomo przez kogo, bo to wcale nie było jasne, brutalnie atakowała członków dawnej opozycji. Zniesmaczeni i przerażeni wyszliśmy z księdzem Łomnickim przed końcem i nigdy później w żadnym zebraniu członków Komitetu Obywatelskiego nie uczestniczyliśmy. Uznaliśmy, że nie ma tam dla nas miejsca oraz że przyszedł czas, w którym my już jesteśmy niepotrzebni. Nie udzielałem się zatem w kampanii wyborczej, nikt też zresztą już do mnie po rady nie przychodził. Z tego co wiem, to samo dotyczyło księdza Łomnickiego.

Pamięta ksiądz swoje refleksje z pierwszych dni po wyborach?

Byłem, i zapewne nie tylko ja, przekonany, że się dokonało coś wielkiego.

Jak ksiądz dzisiaj ocenia tamte wydarzenia i swój w nich udział, nawet, jeśli w pewnym momencie ta praca księdza została przerwana?

Ale ja nie żałuję, że została przerwana. Przyjęliśmy to z księdzem Łomnickim jako coś naturalnego. Myśmy już wtedy należeli do przeszłości. Dzisiaj zachowałbym się prawdopodobnie dokładnie tak samo. Może jedynie byłbym w niektórych sytuacjach bardziej ostrożny. Tak samo pewnie spotykalibyśmy się w moim mieszkaniu, bo jak mógłbym odmówić osobom, które znałem i którym starałem się pomagać. Nie mam powodów do frustracji, bo nigdy nie planowałem robienia żadnej kariery w sojuszu z żadną władzą. Chciałem uczyć studentów – uczyłem i nadal uczę. Nie mam poczucia porażki, mam żal, że Polska nie do końca jest taka, o jakiej marzyliśmy i że pewne rzeczy nie potoczyły się inaczej, ale może za dużo wówczas chcieliśmy?

 

Rozmawiał Piotr Filip, 7 marca 2014

 

Michał Bednarz – ur. 26 września 1939 roku w Skrzyszowie, zmarł 29 sierpnia 2020 roku. Ksiądz, biblista. W 1963 roku ukończył studia teologiczne w Wyższym Seminarium Duchownym w Tarnowie i przyjął święcenia kapłańskie. W latach 1964 – 1968 odbył studia biblijne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, 1968 – 1969 w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, 1969 – 1970 w Szkole Archeologicznej i Biblijnej w Jerozolimie. W 1971 roku obronił doktorat na Papieskim Uniwersytecie Św. Tomasza z Akwinu w Rzymie. Habilitację uzyskał w 2001 roku w Papieskiej Akademii Teologicznej.

Od 1971 roku wykładał w Instytucie Teologicznym w Tarnowie, w latach 1984 – 2000 w Wyższym Seminarium Duchownym Redemptorystów w Tuchowie, w latach 1992 – 2008 w Wyższym Seminarium Duchownym w Rzeszowie, a od 2002 roku w Seminarium Duchownym w Gródku Podolskim na Ukrainie.

Jest członkiem Stowarzyszenia Biblistów Polskich, autorem licznych publikacji o tematyce biblijnej. Od 1974 roku był referentem duszpasterstwa inteligencji, w latach 1978 – 1981 diecezjalnym duszpasterzem służby zdrowia, a od roku 1981 asystentem kościelnym Klubu Inteligencji Katolickiej w Tarnowie.

 

 

 

 

31.08.2020
Twój komentarz:
Ankieta
| | | |