Ks. Janusz Królikowski "Dictum Acerbum" - Słowo stało się ciałem

W listach do chrześcijan w Efezie i Smyrnie św. Ignacy Antiocheński uwypukla problem, przed którym stanęło wczesne chrześcijaństwo, a który wywołali tak zwani dokeci. Tym problemem było zgorszenie ciała. Według nich było bluźnierstwem głoszenie, że Słowo przyjęło ciało z kobiety, że Eucharystia przedłuża na ziemi tajemnicę Słowa wcielonego, że ciało jest przeznaczone do nieśmiertelności. Takie wywyższenie, a nawet jakaś apoteoza ciała była wyzwaniem ponad miarę dla tych protoheretyków. Jako chrześcijanie, pisze św. Ignacy do Efezjan, „musimy się ich wystrzegać, gdyż rany od ich zębów wyleczyć trudno” (7,1). Jest tylko jeden Lekarz cielesny i duchowy, zrodzony i niezrodzony, Syn Boży, który stał się człowiekiem, prawdziwe życie w śmierci, zarówno zrodzony z Maryi jak i z Boga, najpierw podlegający cierpieniu, a potem wolny od cierpienia. A do chrześcijan w Smyrnie pisze: „A cóż mi przyjdzie z kogoś, kto mnie chwali, jeśli obraża mojego Pana, nie wyznając, że przyjął On ciało? Kto tego nie wyznaje, wyrzeka się Go całkowicie, sam będąc własnym grabarzem” (5,2).

Dla pogan przeszkodą w akceptacji chrześcijaństwa było zgorszenie krzyża (scandalum crucis). Dla doketów jeszcze większe było zgorszenie powodowane przez ciało (scandalum carnis). Było dla nich nie do przyjęcia i do pomyślenia, że Bóg chrześcijan narodził się z cielesnej kobiety. Dla poganina i dla Żyda grób Syna Bożego był wielkim wyzwaniem. Dla doketów jeszcze większym problemem było macierzyństwo. Nie dziwi więc, że Kościół w swoim wspaniałym hymnie dziękczynnym Te Deum laudamus zwraca się do Jezusa Chrystusa: „Ty, dla zbawienia naszego biorąc człowieczeństwo, nie wahałeś się wstąpić w łono Dziewicy”.

Wstręt do ciała prezentowany przez doketów nie był czymś bezpośrednio związanym z tradycją pogańską. Przecież mitologia pogańska zachwycała się sportem, będącym między innymi pochwałą cielesności, często odwoływała się do miłości bogów do śmiertelników, szczególnie do kobiet itd. Ukryta postawa doketów swoimi korzeniami sięgała na Wschód. Około pięć wieków przez epoką chrześcijańską w odległej Persji, Zaratustra głosił, iż zachodzi niemożliwy do pogodzenia konflikt między światłem i ciemnością, między duchem i materią, między dobrem i złem. W jeszcze bardziej odległych Indiach Budda Gautama proklamował swój antagonizm w stosunku do świata materialnego i uczył, że pokój można osiągnąć tylko przez jego unicestwienie.

Nie da się stwierdzić, kiedy ten obcy pesymizm zjawił się w świecie grecko-rzymskim, ale był on już obecny w czasach, gdy rodziło się chrześcijaństwo, które w tym kontekście szybko zostało uznane za zaraźliwą chorobę. Jak bardzo poważnym problemem była ta przeciwna chrześcijaństwu filozofia, można wywnioskować z uwagi, z jaką podchodzili do niej starożytni pisarze chrześcijańscy. Jako pierwsi nazwali ją po imieniu i głównie dzięki nim wiemy, jaką ona była straszliwą i destrukcyjną chorobą.

Nadano tej chorobie miano gnostycyzmu, miano nieszkodliwe samo w sobie, wywodzące się od greckiego gnosis, które oznacza po prostu „poznanie”, ale nie poznanie chrześcijańskie oparte na wierze, prowadzące człowieka do miłości. Było to poznanie spekulatywne, czyli takie, które nadyma pychą – poznanie pozbawione miłości. Ten element pychy wyraża się w wyodrębnieniu w religii dwóch odrębnych kategorii osób, które ją praktykują: intelektualistów i ignorantów. Tymczasem mądrość chrześcijańska, oparta na darmowym darze Bożym, przeznaczonym zarówno dla ludzi prostych jak dla mędrców, dla analfabetów jak i dla uczonych, dla słabych jak i dla mocnych. Dla gnostyka mądrość była owocem rozumowania właściwego dla człowieka i była przeznaczona tylko dla pewnej elity, dla ludzi uzdolnionych i rozwiniętych. Zbawienie przez wiarę, formowaną przez miłość, było celem do osiągnięcia przez chrześcijan; zbawienie przez mądrość – gnosis – było celem gnostyka. Powołaniem gnostyka nie było wierzyć, ale wiedzieć.
Nie wszyscy gnostycy wymarli, ale wciąż żyją i głoszą swoje idee w świecie i w Kościele. Ich zasadniczy dualizm między wiarą i doświadczeniem, między materią i duchem, między duszą i ciałem, który jest zbieżny we wszystkich formach gnostycyzmu, doprowadził do wyłonienia się całkowicie przeciwstawnych postaw w dziedzinie moralności praktycznej. Przyjął, na przykład, postać przesadnego ascetyzmu, który dążył do umartwienia ciała, do zabicia go, aby dusza mogła zostać wyzwolona od jego złowieszczego wpływu.
Pojawiła się więc interpretacja prezentowana przez niektórych autorów, którzy – niestety – nie są dość obeznani z wiarą i duchowością chrześcijańską, zmierzająca do utożsamienia z tym ekstremalnym ascetyzmem autentycznej postawy chrześcijańskiej w stosunku do małżeństwa i do innych dobrych rzeczy stworzonych przez Boga. Także wtedy, gdy jest to odwołanie zewnętrzne, motywy, które doprowadziły gnostyków i chrześcijan do odrzucenia małżeństwa, ciała, wina i dobrobytu, są całkowicie różne. Epifaniusz z Salaminy w IV wieku pisał: „Kościół pochwala wyrzeczenie, ale nie potępia małżeństwa; przepowiada ubóstwo, ale nie odrzuca tych, którzy mają własność. […] Liczni w Kościele wyrzekają się pewnych pokarmów, ale nie odrzucają oni tych, którzy się od nich nie powstrzymują”. Owszem, byli pewni chrześcijanie, zarówno kapłani jak i świeccy, którzy podejmowali wyrzeczenie z motywów bardziej gnostyckich niż chrześcijańskich. Jednak postawa Kościoła wobec nich wyraziła się w następującym dekrecie dyscyplinarnym sięgającym IV wieku: „Jeśli biskup, kapłan, diakon lub jakikolwiek inny duchowny powstrzymuje się od małżeństwa, jedzenia mięsa i picia wina z racji pogardy, a nie racji ascetycznej, to nie jest on świadomy, że Bóg uczynił wszystkie rzeczy niezmiernie dobrymi, że uczynił człowieka mężczyzną i kobietą. Tym bluźnierstwem potępia on stworzenie, dlatego niech zostanie pouczony, bądź też złożony z urzędu i wykluczony z Kościoła” (Konstytucje apostolskie 8,51).

Święty Paweł nie był żonaty i zachęcał innych to przyjęcia takiej samej postawy, ale stwierdzał: „Zresztą niech każdy postępuje tak, jak mu Pan wyznaczył, zgodnie z tym, do czego Bóg go powołał” (1 Kor 7,17). Uznawał także, że wyrzeczenie się małżeństwa może być podpowiadane zarówno przez diabła jak i przez Boga, i przeciw pełzającemu gnostycyzmowi napomina Tymoteusza: „Duch zaś otwarcie mówi, że w czasach ostatecznych niektórzy odstąpią od wiary, skłaniając się ku duchom zwodniczy i ku naukom demonów. Stanie się to przez takich, którzy obłudnie kłamią, mając własne sumienie napiętnowane. Zabraniają oni wchodzić w związki małżeńskie, nakazują powstrzymywać się od pokarmów, które Bóg stworzył, aby je przyjmowali z dziękczynieniem wierzący i ci, którzy poznali prawdę. Bo wszystko, co Bóg stworzył, jest dobre, i niczego, co jest spożywane z dziękczynieniem, nie należy odrzucać. Staje się bowiem uświęcone przez słowo Boże i przez modlitwę” (1 Tm 4,1-5).

Jest jednak jeszcze drugi aspekt moralności gnostyckiej, który wyraził się w świadomym wysiłku zmierzającym do tego, aby każdy wyzwolił się z ciała przez drwinę z niego. Dopóki dusza żywi się prawdziwą mądrością, czyli gnozą, nie może być skażona przez tak nieużyteczną rzecz jak ciało, lub przez równie małoznaczący grzech cielesny. Jak ich współbracia o mentalności bardziej ascetycznej, oni również odrzucili małżeństwo, aby nie przedłużało się w nich królestwo ciemności, więziąc ich dusze w ciele, ale zaczęli szukać innych środków, by zadowolić swoją pożądliwość i jest wystarczająco ewidentne w historii każdej grupy gnostyckiej, że je szybko znaleźli i bardzo szybko zaczęli z nich korzystać.

Właśnie ta forma „wyemancypowanego” gnostycyzmu, egocentrycznej moralności permisywnej w dziedzinie płciowości – a więc zasadniczo w dziedzinie aktywności cielesnej i teorii ciała – jawi się jako dominująca w naszych czasach, nie tylko w kręgu komercji i rekreacji, ale także w kręgu ideologii, które odwołują się do rozmaitych uzasadnień, choć ich cel jest ostatecznie: użyć ciała, ciałem i w ciele. Komercja i ideologia podały sobie rękę w jednakowym stopniu czerpiąc zyski ze swojej propozycji.

Nie zatrzymuję się tutaj nad perwersjami historycznymi, które pojawiły się w ramach tradycji chrześcijańskiej, i nad wynikającym z nich zapomnieniem o prawdzie katolickiej dotyczącej godności ciała ludzkiego, szczególnie w tym, co dotyczy relacji między duchem i ciałem w zdrowej doktrynie chrześcijańskiej. Wystarczy przypomnieć błędy manichejczyków, którym św. Augustyn wypowiedział wojnę intelektualną; przerosty albigensów i ich perwersyjne teorie dotyczące „doskonałości” i „spełnienia”, którym św. Dominik przeciwstawił gorącą cześć Maryi, by w ten sposób bezpośrednio wskazać na prymat ducha oraz godność, jak również piękno ciała. Ten kult Maryi został zaproponowany przez św. Dominika w formie częstego powtarzania modlitwy Zdrowaś Maryjo, pozdrowienia skierowanego przez anioła do ciała napełnionego łaską, do ciała upadłej ludzkości, do łona błogosławionego przez jego owoc: Syna poczętego za sprawą Ducha Świętego, „prawdziwego Boga i prawdziwego człowieka”, który stał się ciałem dla nas, dla nas, którzy jesteśmy ciałem, aby nas zbawić, rodząc się z ciała Dziewicy Maryi. Warto zauważyć, że w ty kontekście narodziła się modlitwa różańcowa.

Zapomnienie o człowieczeństwie Jezusa i odrzucenie godności ciała Maryi, w którym w jakiś sposób uczestniczy każdy odkupiony chrześcijanin, wielokrotnie wywierało pesymistyczny wpływ na chrześcijaństwo. Prowadziło niejednokrotnie do odrzucenia wszystkiego, oprócz ducha – ducha źle rozumianego! – aż do potępienia ciała jako zła, Kościoła jako zwykłej instytucji, liturgii jako zbyt zmysłowej, modlitwy ustnej i życia sakramentalnego. Taka furia i bezsensowność nieuchronnie prowadziły do reakcji libertynizmu (jak w przypadku purytanizmu) i do fałszywego kultu ciała, raczej anarchicznego w stosunku do ustalonego porządku niż korzystającego z wolności, która ma swoje źródło w prawdzie.

Tak dzisiaj, w tym, co dotyczy spraw Boga, jak i spraw człowieka, potrzeb ducha i potrzeb ciała, widać powrót do tych powiązanych, choć pozornie przeciwstawnych herezji, nazw których dzisiaj zapomniano. Jednak idee, które stoją u ich podstaw i je ożywiają nadal wyraźnie oddziałują na umysły i serca. Gnostycyzm i manicheizm są jeszcze żywe i czynne, agresywne, niepohamowane. Niekiedy prezentują się jako „nowa moralność”, chociaż są wielowiekowe; są tak stare jak najstarsze pokusy naszej rasy, pokusy zarozumiałości i beznadziejności, pychy ciała i niepokoju spowodowanego pogardzaniem sobą samym. Ale Kościół wciąż na nowo, demaskując szkodliwość tych złowrogich zjawisk, mądrze mówi o wyjątkowości, godności i pięknie ciała, gdy upodabnia się ono do zamysłu Bożego, do miłującego prawa Stwórcy i łaski swego Odkupiciela. I Kościół wie, że musi o ty mówić, jeśli nie ma lec w grobie, jak napomina przywołany na początku św. Ignacy. Kościół wie również, że ma chronić przed grobem każdego człowieka, którego dzisiejsze ideologie starają się do niego wciągnąć. Niewątpliwie Duch Święty „wieje kędy chce” i przychodzi do nas nie tylko przez ducha ludzi, ale także przez ciało i symbole cielesne, które są tworzywem naszego życia codziennego, jak również narzędziami sakramentów Jego Ciała – zauważmy dobrze to słowo – którym jest Kościół instytucja, wspólnota, lud w świecie, ale zawsze Kościół Słowa wcielonego.

Do przemyślenia tych kwestii skłaniają nas zbliżające się święta Bożego Narodzenia, które znowu przypomina nam, że wieczne Słowo Boże „przyjęło ciało z Maryi dziewicy i stało się człowiekiem” – „dla nas i dla naszego zbawienia”.

Ks. Janusz Królikowski
13.12.2009
Twój komentarz:
Ankieta
| | | |