Ks. Janusz Królikowski "Dictum Acerbum" - Wartość czasu. Kilka myśli na nowy rok.

Nadchodzi nowy rok. Jeśli nie jesteśmy już bardzo młodzi, „starych” i „nowych” lat widzieliśmy zapewne już dość dużo na własne oczy. Gdy patrzymy na minione lata, pojawiają się oczywiście rozmaite pytania? Gdzie jesteś roku 1933 – roku dojścia Hitlera do władzy, ale także roku święty? Gdzie jesteś roku 1956 – roku rewolucji na Węgrzech, i roku 1970 – roku rewolucji w Polsce? Gdzie jesteś roku 1969 – roku lądowania na księżycu? Roku 1980 – roku narodzin Solidarności? Roku 1981 – roku zamachu na papieża Jana Pawła II? Roku 1989 – roku upadku komunizmu w Europie wschodniej? Roku 2005 – roku śmierci Jana Pawła II? Można by tak kontynuować wymienianie kolejnych lat, z wszystkich przywołując jakieś wyjątkowe wydarzenie, które naznaczyło ich nieubłagany bieg? Na pewno każdy nosi w swojej pamięci jakieś szczególne lata, które naznaczyły swoim znamieniem jego własną biografię. Może to jest rok śmierci matki, ojca, dziecka; rok zaręczyn i ślubu; rok narodzin syna lub córki; rok awansu lub utraty pracy; rok choroby, wypadku samochodowego itd. Można by w nieskończoność wymieniać znaczące dla nas wydarzenia i przeżycia, tworząc z nich jakąś biograficzną litanię.

Patrząc na to wszystko, co kolektywne i osobiste w dziejach, zamierzam w tym miejscu powiedzieć, że czas, oprócz tego że jest rzeczywiście czymś ważnym, czego nie można przecenić, że jest grą i przygodą, które mogą być pasjonujące, zabawne, a zarazem niezmiernie poważne, jest przede wszystkim święty. Gra i bieg czasu odsłaniają w sobie coś niezwykle fascynującego, nabierającego kolorów i wyrazu, gdy przebiegamy go pamięcią. Budzi w nas jakieś magiczne wrażenie, które – z jednej strony – ma coś niejako bluźnierczego (czyni nas uczestnikami szczęścia, które przysługuje tylko Bogu), a z drugiej strony – wzbudza myśli o takiej głębi religijnej, które wystarczyłyby, aby nas uzdrowić i uświęcić.

Tak, dajcie mi czas, łaskę zamyślenia się nad czasem, a poczuję się zachęcony do świętości. Nie dlatego, że życie wydaje mi się pozbawione wartości, że jawi się jako całkowity i nieustanny upadek, że ono samo nie zaspokaja moich aspiracji. Nie czuję potrzeby świętości dlatego, że widzę świat i moje życie naznaczone nieubłaganie przemijalnością. Wręcz przeciwnie! Także ze swoimi latami smutnymi i pozbawionymi sukcesów, z latami przepływającymi przez palce jak woda, życie jest niezwykłym darem, z którego tylko głupota lub beznadziejność każe rezygnować. Owszem, życie może być prawdziwie i nieuchronnie porażką, ale dzieje się tak wtedy, gdy zamkniemy je w jakiejś izolacji, to znaczy ograniczymy je tylko do wymiaru ziemskiego, i widzimy je jako rzekę, która monotonnie i bezpowrotnie odpływa w dal, nie odpowiadając: „dlaczego?”. Oddzielcie czas od wieczności, to, co przemijające, pozbawicie tego, co trwałe, a egzystencja straci całą swoją wartość i zredukuje się do czystej fenomenologii nicości. Byłoby rzeczą straszną, gdyby to było prawdą. Jeśli jednak przynajmniej patrzymy w twarz prawdzie, to takie spojrzenie zawsze ma wartość zasługującą. Kto ulega beznadziejności, bo patrzy na fałsz i nudę, rzuca się z okna, bo przeraziła go dostrzeżona pustka w sobie. Zdrowa filozofia, a przede wszystkim wiara – która wie dużo więcej, ponieważ opiera się na objawieniu Bożym – uczy nas, że spektakl świata jest tylko prologiem, że czas tego życia stanowi tylko preludium, że dni i czyny naszego życia nie giną w otchłani nicości, ale istnieją, zachowane na wieczność (także ku naszemu zawstydzeniu i potępieniu, jeśli były złe i frywolne) w pamięci Boga. To prawda, że pierwszy dzień nowego roku może być także smutny, że może sprawić, iż opadają ręce i szuka się jakiegoś azylu. Minione 365 dni ginie w mroku przeszłości, a nowe 365 tajemniczych dni czeka, aby wejść w nasze życie. Przeszłości już nie ma, a przyszłości jeszcze nie ma – jest tylko jej zagadkowość.

Czy to wszystko ma sens? Czy warto świętować? Owszem, ma sens, ponieważ to właśnie w czasie, w tym następstwie dni, w których wielu żywych umrze, a cała nasza przyszłość, przechodząc przez ciasną bramę teraźniejszości, stanie się przeszłością, w tym wirze ciągłej metamorfozy, Bóg, obecny między nami i w nas, wieczny Artysta, będzie tkał jakby gobelin swego zamysłu życzliwości względem nas, który pewnego dnia ukaże naszym oczom ku naszemu zaskoczeniu i zdumieniu. Czy to możliwe? Czy nasz gest, nasze westchnienie, nasz ból, nasza codzienna i nużąca praca, nasz wysiłek, nasza troska o ludzi dokoła, smutne pożegnanie i radosne wybiegnięcie innym naprzeciw, i tyle innych, niezliczonych doświadczeń, małych i (pozornie) wielkich, zarówno osobistych jak i kolektywnych…, może być tworzywem dla czegoś boskiego i wiecznego? Wierzący wierzy, że to wszystko stale nabiera trwałego znaczenia u Boga, tego mądrego i cudownego Artysty-tkacza, który z najbardziej nieznaczących i pogmatwanych nitek czasu i wydarzeń konsekwentnie tka cudowne wypełnienie dziejów, tka swoją chwałę, a tym samym tka naszą wieczną przyszłość. Nie widzimy tego, ale wierzymy, bo wyznajemy, że Bóg jest Królem wieków.
Dlaczego nie współpracujesz lepiej i ofiarniej w tym tajemniczym planie, który intuicyjnie dostrzegasz, a w Ewangelii Jezusa i życiu Jego świętych w Kościele widzisz go całkiem jasno i wyraźnie? Dlaczego odwodzi cię od współdziałania w tym dziele jakaś pycha, która przybiera postać niby „intelektualną”? Dlaczego nie zabierasz się do tej pracy, nawet za cenę utraty równowagi? Jeśli Bóg jest w stanie tak owocnie wykorzystać naszą słabość, naszą nieśmiałość i nasz opór, to ileż mógłby wyprowadzić z naszej szczodrobliwości i naszej miłości, z naszej odwagi i naszej spójności. Uważamy się za przebiegłych, a jesteśmy tak głupi; sądzimy, że jesteśmy o wszystkim poinformowani, a jesteśmy tylko ignorantami. Oby Bóg zlitował się nad nami, patrząc jak przeżyliśmy „stary” rok!

Boję się, że mniej więcej z taką samą prośbą zwracają się do Boga święci, gdy stają wreszcie przed Nim, wszystko w końcu rozumiejąc. Ileż bardziej my wszyscy, także ja sam, którzy tak jesteśmy daleko od świętości, powinniśmy powtarzać tę prośbę. Nowy rok otwiera przed nami swoje ramiona, zachęcająco wychodzi nam naprzeciw, wzywa nas do współpracy z planami, które Bóg chce realizować na szerokim obszarze czasu. Czy powiemy „nie”, tchórzliwie wycofując się? Boimy się? Widzimy nadejście apokalipsy i zwyciężającego diabła? Nie bądźmy dziećmi! Jezus już go zwyciężył; zwyciężył czas, jak zwyciężył świat. Mamy niejedno potwierdzenie tych faktów. Czy nie warto stanąć po stronie zwycięzcy? Czy nie warto zdobyć się na ten krok, nawet jeśli potrzeba wziąć krzyż i wystawić się na pozorne porażki?
Szczęścia życzę! Dobrego roku 2010!

27.12.2009
Twój komentarz:
Ankieta
| | | |