Jestem zwierzęciem teatralnym

Z Janem Kozikowskim, scenografem, jurorem Festiwalu rozmawiał Grzegorz Janiszewski.

Miał Pan okazję współpracować z wybitnymi polskimi twórcami, ostatnio np. z Andrzejem Saramonowiczem, czy Tomaszem Koneckim przy realizacji takich produkcji jak: „Testosteron”, „Ciało”, czy, „Pół serio”. Jak współpracowało się z takimi artystami?
Początki były fantastyczne. Pracowaliśmy w sposób bardzo pionierski. Nasz pierwszy film „Pół serio” powstawał w ten sposób, że początkowo były to luźne scenki. Rzutem na taśmę „skleiliśmy” w całość tę historię, która jest jakby opowieścią o twórcach filmu – trójce przyjaciół, młodych ludziach owładniętych pasją filmową. Film powstał w nietypowy sposób, a podobał się publiczności. Trzy lata później zrealizowaliśmy wspólnie „Ciało” i ten film również powstawała w trudzie i znoju. Następny był „Testosteron”. Ten film odniósł sukces, ale po jego realizacji przestaliśmy współpracować. Trochę się poróżniliśmy.

Czy dla Pana jako twórcy ważniejsza jest praca w teatrze, czy w filmie, gdzie jest ciekawiej?
Odpowiem na przykładzie „Testosteronu”, który tarnowska publiczność oglądała podczas jednego z poprzednich Festiwali Komedii w wykonaniu aktorów Teatru Montownia. Podobała mi się formuła, w jakiej Agnieszka Glińska, reżyserka spektaklu potraktowała ten materiał – powściągliwie i na sposób kobiecy. W filmie to samo narysowano grubą krechą, publiczności się to zresztą bardzo spodobało.
Na pytanie o porównanie filmu i teatru można odpowiedzieć, że „każdemu to co lubi”. Ja czuję się zwierzęciem teatralnym. Uwielbiam teatr, klimat teatralny, budowanie spektaklu teatralnego od pierwszych spotkań do premiery, nawet zapach sceny. W filmie jest większy pośpiech, nie kręci się scen chronologicznie, wydaje mi się to bardzo nienaturalne. W teatrze mam większe poczucie spokoju i przeżycia artystycznego.

Na ile efekt końcowy pana pracy jest efektem kompromisu pomiędzy pana projektami, a pomysłami reżysera?
W każdej pracy chodzi przede wszystkim o osiągnięcie jak najlepszego efektu, to nasz wspólny interes. To, co najczęściej zmusza do kompromisu to względy finansowe. Albo dysponujemy budżetem na realizację wszystkich projektów, albo nie. Zwykle mamy do czynienia z tą drugą sytuacją

A czy zdarzały się sytuacje, że aktorzy lub aktorki mieli np. własne wizje kostiumów, niezależnie od projektów reżysera albo scenografa i trzeba było szukać kompromisu, czy wręcz iść na ustępstwa?
W teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu, który uwielbiam i uważam za swoją Mekkę teatralną nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja. Jeśli aktor wie po co i „w jakiej sprawie” ubiera zaprojektowany kostium założy go i będzie protestował. W Warszawie przy realizacji niektórych spektakli miałem czasem wrażenie, że reżyser i scenograf są wyłącznie po to, żeby pracować na rzecz aktorów. Zdarzały się sytuacje, że kolejne moje propozycje były odrzucane, bo aktorki marzyły o czymś innym. Bywa jednak i tak, że taki spór robi dobrze przedsięwzięciu, jeśli jest konstruktywny.

Rozmawiamy w Tarnowie podczas Festiwalu Komedii. Czy jest jakaś recepta na dobrą komedię?
Nie mam pojęcia, ale raczej podejrzewam, że nie ma. Gdy byłem studentem szkoły teatralnej uczestniczyłem w zajęciach z Anną Seniuk. Gdy pracowaliśmy nad scenami komediowymi z Gigola, czy farsą angielską miałem wrażenie, że obcuję z osobą, która pojęcie komediowości ma „w małym palcu”. Sądzę, że Anna Seniuk zna taką receptę, ale prostych gotowych recept nie ma. Można i trzeba do nich stopniowo dochodzić. Najfajniejsze są komedie dowcipne i inteligentne. Niewiele jest ich jednak w polskich teatrach.
29.09.2008
Twój komentarz:
Ankieta
| | | |